|
Dziś, jak w każdy normalny poranek, wybrałem się na zakupy. I jak w każdy normalny poranek zapomniałem portfela.
Cóż wypadki chodzą po ludziach. Wracając spotkałem mojego ulubionego sąsiada, pana Juska (podobno pisownia imienia
całkiem oryginalna, co potwierdzać miałyby rzekomo autentyczne dokumenty urzędowe przechowywane w archiwach
rodzinnych wraz z aktem nadania tytułu szlacheckiego). No i wszystko byłoby normalne, gdyby nie ogromna ilość
gipsu spoczywająca na niemal wszystkich członkach pana Juska. Widziałem go, co prawda, już niejeden raz sztywnego
do granic sztywności, ale tu wiadome było, że owa sztywność potrwa kilka tygodni. Na pytanie: "Cóż takiego się
wydarzyło?" nie padła jednoznaczna odpowiedź. Myślę, że zapewne winny był drut ortodontyczny, którym próbowano
powiązać szczęki pana J.
Pomyślałem, że w obliczu takiej utraty zdrowia wypada okazać swoje zatroskanie o stan psychosomatyczny sąsiada
oraz zapytać o przyczyny owego stanu.
"Panie Jusku, a cóż to stało się z Pana twarzą i pozostałymi kończynami?"- zagadnąłem niby od niechcenia.
Pan Jusek poczerwieniał, co sprawiło, że biel gipsu stała się jeszcze bielsza i rzekł: "Na budowie mnie się
tak stało, wiesz sąsiad, wypadki chodzą po ludziach". Tu moje zatroskanie zastąpiła ciekawość: "A cóż to,
sąsiad z rusztowania spadł?". "Wręcz przeciwnie. Przyszłem, to znaczy przyszedłem na budowę rano przed
wszystkimi. Wlazłem na rusztowanie, na trzecie piętro, patrzę, a tu leżą już niepotrzebne i porozwalane
cegły. Pewnie wczoraj na fajrant znosić im się ich nie chciało. Co będę nosił po kilka, głupi nie jestem...
Wziąłem beczkę, beczka na linie była a lina na dole przywiązana, włożyłem do niej cegły. Zlazłem na dół,
odwiązałem linę, a beczka jak nie pojedzie w dół... próbowałem utrzymać - ważyła ze 150 kg, a ja tylko 65 kg.
Mocno linę trzymałem, oj mocno, to poleciałem w górę na trzecie piętro, a beczka na dół". Śmiech cisnął się
na usta, gdy słuchałem dalej: "..jak beczka nie rypnie w glebę ... rozleciała się i cegły z niej powypadali,
skutkiem czego stała się lżejsza niż ja, to teraz ja poleciałem w dół, a resztki beczki ku górze, rozumie pan...".
Pan Jusek zaciągną się papierosem i, zastępując przekleństwo splunięciem przez druty ortodontyczne, kontynuował:
"I jakżem walnął plecami o glebę... momentalnie inteligencja moja podpowiedziała mi, by spojrzeć ku beczce.
A ona podleciawszy do góry zaczęła spadać, ponieważ nieopatrznie linę z rąk wypuściłem. A ze leżałem w
centralnym miejscu całego wydarzenia, owe resztki beczki nieomylnie runęły na mą doświadczoną aż nadto twarz".
Ostatnie zdanie pan Jusek wypowiedział niezwykle żałośnie, co nadało opowieści charakteru tragikomicznego.
Wypadki chodzą po ludziach, czasem gromadami. A tak swoją drogą, to ile wysiłku i inteligencji trzeba włożyć,
żeby sobie samemu zrobić kilkakrotnie krzywdę w ciągu niecałej minuty.
|