|
W telewizorni puścili reklamę. Ponieważ lubię South Park reklama na mnie podziałała,
więc stwierdziłem że nie idę na wybory, ponieważ mój głos nic nie jest wart, nic się
nie liczy i już. W tym błogim przeświadczeniu zapodałem sobie w telewizji mój ulubiony
mongolski balet i uzbrojony po zęby w klapki plażowe model 89, pilota do telewizora,
chipsy, zupke chmielową i w mocnym postanowieniu spędzenia niedzieli wyborczej przed
telewizorem zasnąłem. Błogość odpoczynku zakłóciła mi jednak brutalnie moja szanowna
atakując moje bębenki słuchowe ilością decybeli zdolną powalić przygłuchego słonia,
a czasem częstotliwością wchodząc na ultradźwięki, co słyszały już tylko psy uciekające
w popłochu jak najdalej od naszego domu. Kiedy już jako tako wróciła mi zdolność
odbierania bodźców dźwiękowych, zrozumiałem przyczynę tego straszliwego hałasu czynionego
przez szanowną. Otóż postanowiła ona iść na wybory i co gorsza iść tam ze mną. Skandal,
ja miałbym wybierać i pomagać temu i owemu dostać się do koryta? Never, never, never
powiedziało me serce bijące pośród żeber! Skapitulowałem jednak widząc desperację
malującą się na twarzy małżowinki i stwierdziłem, że lepiej się nie narażać. W sumie
to racja, może chociaż przyczynię się do tego że Samogwałt i Liga Morskich Rodzin i
inne egzotyczne ugrupowania nie załapią się do parlamentu i narobią lamentu. Jak
mawia mój znajomy turysta z Italii, który wpada na mnie w każdym zakątku kraju zawsze
jak nie mam na to ochoty, nie będzie już "A morrda solare", "una lampucera" z Samogwałtu
i innych wesołych postaci. Szkoda tylko jednego. Majewski z głodu zemrze a ja z nudów
jak nie będzie już sepleniącej posłanki Ch. i niektórych innych bohaterów Rozmów w
Tłoku. Wszystkie kabarety padną na pysk, ale trudno zaryzykuję. Ponieważ nie mogliśmy
się dogadać z szanowną czy do urny pójdziemy przed czy po mszy, wyszło na to że poszliśmy
zamiast. Przemknęliśmy się chyłkiem przez zarośla do lokalu wybornego, żeby nas jak dwa
lata temu telewizja nie zdybała, bo ci paparazzi wszędzie nas dopadają. Jakoś się udało,
ale schody dopiero się zaczęły. Po tym jak przeszliśmy pozytywnie auswajs kontrole przy
wydawaniu kart do głosowania, trzeba było zabunkrować się tak żeby nikt nie widział na
kogo się głosuje, bo potem jakby co palcem by nas wytykali. Na szczęście szanowna
komisja przygotowała odpowiednie miejsce, więc zadekowałem się i zacząłem skreślać.
Na liście do sejmu już pierwsze nazwisko mi się nie podobało, więc skreśliłem gościa
podwójną kreską. Podobnie z innymi nazwiskami, które źle mi się kojarzyły i metodą
eliminacji zostało mi jedno nazwisko. No teraz z czystym sumieniem mogłem postawić
krzyżyk. Podobnie zrobiłem senatorom i złożyłem kartki. Sześć razy bo siedem się
nie dało i jeszcze zakleiłem kropelką, żeby się nie otwarły i nikt nie podejrzał
przy wrzucaniu. Małżonka już dawno była po, a ja zacząłem się męczyć przy urnie bo
dziura wąska a moje kartki były zawinięte w dość grubą bambucię i przeleźć nie chciały.
Pomogłem kolanem i pomogło. W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku przemknęliśmy do
domu i dopiero tam dowiedziałem się, że przez to moje skreślanie mój głos jest nieważny.
Czyli wyszło tak jak myślałem na początku. Nie iść na wybory bo mój głos i tak się
nie liczy. Powiedziałem to na głos, zrobiłem unik przed ścierą w ręku szanownej i
zalogowałem się przed tivi. Dobrze że mongolski balet nagrałem na wideo...
|