Z POLSKIEGO NA NASZE...
 
Na moje niebo wlata!
26.09.2007
Jakiś czas temu korzystając ze słoneczka oraz tego, że krowa sąsiada odwróciła ode mnie uwagę moskitów i innych latających krwiopijców, przycinałem sobie spokojnie żywopłot popijając roztwór fizjologiczny zwany mocnym fulem. Gdy powoli acz dokładnie zasadzałem się do przycięcia kolejnej gałązki, usłyszałem natrętne brzęczenie koło lewego ucha. Odruchowo trzepnąłem się tam lewą ręką, zapominając o roztworze trzymanym w ręku no i mocny full odszedł w zapomnienie i w niebyt, a puszka do pojemnika na surowce wtórne. Brzęczenie jednak nie ustało, przeszło nawet w odgłos przypominający silnik odrzutowca. To był odgłos odrzutowca a nawet dwóch. Nieutulony w smutku po napoju zadarłem głowicę do góry i zobaczyłem dwa samoloty jak slalomem leciały jeden za drugim. Co jak co, po małym roztworze to ja nawet na rower nie wsiąde a ci samolotów na kursie utrzymać nie mogą. Pewno chłopaki z Charkowa do byłego prezydenta lecą. Ale oni zaczęli kręcić bączki, piruety nawet chasse jednemu wyszło i stwierdziłem że drugi goni pierwszego. Albo trenują, albo jeden drugiemu fula podprowadził i teraz chce się zemścić. Wytężyłem wzrok czy to aby nie jednak nasze F16, ale one przecież nie latają. MIGi jak w pysio strzelił, w pewnym momencie nawet dostrzegłem numer rejestracyjny czy co oni tam mają na skrzydłach jak się jeden z pilotów niebezpiecznie blisko ziemi znalazł tuż nad moją hacjendą. Tego było już za wiele! Na moim niebem w berka się bawią, jeszcze który zemdleje, spadnie w pietruszkę i szkody w ogródku narobi. Ja go z matki ziemi wyciągać nie będę. Jako że miałem chwilowo na podorędziu wiatrówkę kalibru odpowiedniego do namawiania wioskowych kotów do ewakuacji z moich włości, załadowałem i wycelowałem pod ogon MIGowi namber dwa i hukłem. Oczywiście on tego nie usłyszał, bo wystrzał zabrzmiał jak puszczenie bąka w środku tornada, ale będzie się zastanawiał skąd ma taką rysę na lakierze metalic nowiutkiego trzydziestoletniego MIGa. Puknąłem tak kilka razy , oberwało się obu aż w końcu znudziło im się i polecieli w siną dal, w stronę Malborka. Nie będzie mi tu nikt na moim niebie fruwał i pozbawiał mnie możliwości uzupełniania płynów. Fizjologicznych oczywiście ;)
 
Wdechowa krowa
24.09.2007
Jechałem sobie spokojnie moim naddźwiękowym turbochrząszczem chłodząc łokieć przez boczną szybę oraz łysinę przez szyberdach, gdy nagle na drodze pojawiła się ona. Małpa kraczata akurat mnie musiała sobie wybrać na cel ataku, a ściślej mój bolid koloru świeżej krwi. Krowa z BSE na pokładzie, bo jak inaczej to określić, postanowiła sobie corridę urządzić na masce mojego świeżo wyklepanego pershinga. Bydlę stanęło w poprzek profilem uniemożliwiając mi przejazd. Dobrze, że droga nierówna bo na zegarze miałem tylko złoty dwadzieścia choć suszarek w polu widzenia nie było, więc zdążyłem zahamować. Mućka letko się tylko zestresowała jak poczuła paloną gumę koło zadu i powiedziała groźnie MU, ale zaraz zaczęła manewr obrotu pyskiem w moją stronę. Zobaczyłem te przekrwione ślepia, piana z pyska ciekła a świeżo naostrzone rogi błyszczały w słońcu. Pomyślałem, że raczej blacharz reklamacji mi nie uzna po ostatnim klepaniu, więc za stosowne uznałem wzięcie w obronę maski mojego auta. Wrzucenie wstecznego zajęło mi chwilę, potem zrobiłem bączka na asfalcie i w celu wykurzeniu przeciwnika zapodałem bydlęciu z wydechu porządną dawkę spalin. Nie przewiedziałem jednak, że krowina wychowana na łakach przydrożnych, więc ołów u niej na porządku dziennym. Tylko nozdrza łapczywie rozwarła i wdech za wdechem, wdech za wdechem. Że też musiałem na taki egzemplarz trafić... Ominąć przeszkody nie da rady, bo rowy po obu stronach zarośnięte jak rancho mojego stryjecznego pradziadka w okresie świetności. Wziąłem więc producentkę nabiału na sposób, skoro lubi spaliny to paliwko raczej także. Miałem w bagażniku plastikowy mały kanisterek ze śladową ilością benzynki, odkręciłem więc korek i dałem durnej powąchać. Oczka od razu zrobiły się jej takie krowie, widać że się żywo zainteresowała zawartością. Czekaj, zrobię ci corridę. Ryknąłem APORT i wyrzuciłem pojemnik za rów. Krowina tylko ogon zadarła, zrobiła salto nad rowem i już się zasadziła do wąchania zawartości. Łapczywie, bo chyba była na głodzie czy co. Zawalidroga z drogi, chrząszczowi lżej. Przejechałem kawałek i zostawiłem bolid w bezpiecznej odległości. Poszedłem na łąkę odzyskać kanisterek, ale krowa tylko na mnie groźnie spojrzała i zaczęła warczeć jak się zorientowała, że chcę jej szczęście zabrać. Dziwna jakaś, warczą to psy ale może się nie znam, może po prostu przesadziła ostatnio trochę z trawą. Machnąłem ręką i odjechałem w siną dal. Dwa dni później dalej leżała i wdychała. Jechała już chyba na oparach, żal mi się mućki zrobiło to jej dolałem niech ma coś od życia, w końcu codziennie ją wykorzystują i doją. Mutanty po Czernobylu ujawniają się nawet po prawie dwudziestu latach...
 
 
Copyright by e-rychliki   Wszelkie prawa zastrzeżone 2007-2008