|
Jak to zwykle bywa wieczorem, poczułem nieodpartą chęć wypełnienia sobie paszczy paszą treściwą, czyli
jedzonkiem. W celu realizacji powyższego zalogowałem się przy lodówce, wytrychem otworzyłem kłódkę
przezornie zakładaną przez moją szanowną znającą mój zapał przeżuwacza, oraz zacząłem buszować.
Z początku nie zwróciłem uwagi na kłęby pary, które pojawiły się po otwarciu drzwi lodówki, ale potem
stało się to oczywiste. Błędnym wzrokiem wodziłem po pysznościach zawartych na półkach i nie mogłem się
zdecydować. Albo wątróbka z kością, albo rumsztyk z kota. No, ale jak tu się zdecydować, skoro wszystko
takie pyszne. Ostatecznie zdecydowałem się na gołąbki i załadowałem sobie od razu dwa. Na talerzu podejrzanie
brzęknęło, wbijam widelec i kicha. Zamarznięte na kość, nie ukroję ani nie ugryzę. Już wiem, skąd ta para z lodówki.
Musiała się zepsuć, a prawie nówka. Tylko o 15 lat starsza ode mnie i już złom. A podobno w Związku Socjalistycznych
Republik Zdradzieckich robili sprzęt taki, co to nie gniotsa, nie łamiotsa. Pal to sześć, podgrzeję w mikrofali.
Jak zwykle sąsiad z góry mało się nie udławił ze złości jak wlazłem mu bez pukania do chaty żeby skorzystać
z mikrofalówki. No w domu nie mam, po tym jak mi wybuchła po ostatnim moim podgrzewaniu zamarzniętych
robaków na ryby w blaszanej misce, a kuchenki gazowej nie uruchamiam, bo robi to zwykle żona,
a właśnie pojechała do mamusi i wróci późno. Zupełnie, więc nie rozumiem czemu ten facet się
ciska, co mam umrzeć z głodu? Zaraz po tym jak założyłem knebel krzykaczowi, zrobiłem co trzeba i
zadzwoniłem do Tworek, że sąsiad chciał się rzucić z okna i musiałem go związać i zakneblować.
Zanim się wyjaśni, ja zjem sobie spokojnie. Oho, już po mnie idą organa ścigania...
|